Ta wyprawa już od pierwszych chwil , aż do samego końca stanowiła
i do dziś stanowi dla mnie wielką zagadkę .
Co chwilę zadaje sobie te same pytania z serii "dla czego ...?"
Było już późno. Śmigaliśmy terenowym autem Łukasza gdzieś w stronę
Górnego Śląska a dokładniej Bytomia. Siedziałem na przednim siedzeniu
spięty i zdenerwowany już od momentu kiedy wyruszyliśmy. Wyprawa miała
charakter naprawdę nietypowy. Skład naszej ekipy również był nieco
inny niż zwykle. Siedziałem sztywno wodząc tylko niekiedy wzrokiem
po okolicach drogi , którą się przemieszczaliśmy. Mimo iż mijaliśmy
po wiele ciekawych budowli i miejsc godnych uwagi - bałem się odwrócić
głowę w ich stronę. Aż do samego Bytomia byłem "na muszce".
Obserwował mnie ogromny , siedzący tuż za mną pies czyhający niecierpliwie
aż wykonam jakiś ruch. Przez całą drogę czułem na sobie jego wzrok
a dobiegający co chwilę odgłos sapania wyzwalał u mnie bardzo negatywne
emocje. Pies tylko czekał na mój chociażby jeden nieskoordynowany
ruch. W każdej chwili mógł odgryźć mi ramię albo uszkodzić bark więc
wolałem siedzieć spokojnie aby nie prowokować agresji , którą nie
raz dostrzegałem w jego oczach.
Do Bytomia dojechaliśmy około 1 w nocy. Jaki był cel naszej wyprawy
?
Dowiedziałem
się niedawno iż jest w Polsce miejsce , które posiada 100-krotnie
więcej dziur od szwajcarskiego sera. Informacja ta przez ostatnie
2 miesiące nie pozwalała mi zmrużyć oka w nocy. Wciąż zastanawiałem
się jak to możliwe że w regionie kraju , w którym sera już się nie
produkuje i właściwie nie produkowało istnieją same tylko dziury.
To właśnie przyjechaliśmy sprawdzić. Był to jedyny cel naszej wyprawy.
Do dyspozycji mieliśmy cały teren i w tym całym postanowiliśmy wyszukać
najmniejsze tylko dziury aby potwierdzić lub nie nasze przypuszczenia.
Część ekipy aby zabezpieczyć nasz odwrót w przypadku przejedzenia
lub wprost otrucia serem zakwaterowała się w hotelu. Tam też został
ów straszny zwierz czyhający na moje życie. I wtedy dopiero poczułem
się wolny ! "Wolny" byłem również z innego powodu - ze zmęczenia.
Moja powolność i ociężałe ruchy budziły we mnie co chwilę uczucie
obojętności wobec szczytnego celu naszej wyprawy.
Była już noc lecz aby nie tracić czasu udaliśmy się do najbliższego
punktu , gdzie znaleźć można było człowieka co o serze wiedział chyba
najwięcej . Na początek dostaliśmy do posmakowania Goudę , Morski
, Żuławski i Tarnogórski. Pierwsze trzy odpadły już w przedbiegach
gdyż dziur nie miały prawie żadnych. Tarnogórski wydał się nieco interesujący
. W jego górnej części widniał niewielki otwór . Otwór jak się później
okazało - będący bramą wstępu do ogromnego labiryntu dziur których
nie było widać z zewnątrz.


Ruszyliśmy
zgodnie szybkim krokiem nie bacząc na ogarniające nas wciąż zmęczenie.
I od tego wszystko się zaczęło.
Znaleźliśmy się w wielkiej , przestrzennej sali podpartej w niektórych
miejscach stemplami. Panował tu zimny i wilgotny jak na ser przystało
klimat . Byliśmy dumni z tego że udało się nam tu dotrzeć , lecz coś
nam jednak nie pasowało - coś było nie tak.
To było światło ! Tak - właśnie światło. Wnętrza naszych plecaków
wypełnione były różnymi źródłami oświetlenia. Podstawowymi , zapasowymi
, elektrycznymi oraz gazowymi. A tu się okazało że światło jest na
miejscu i świeci. Staliśmy tak przez chwilkę spoglądając na siebie
dziwnym podejrzliwym wzrokiem. Na wprost salki w której się znajdowaliśmy
czernił się otwór jakiejś nieznanej czeluści . W pierwszej kolejności
postanowiliśmy zbadać właśnie to miejsce. Dziura była mała , niska
i niewygodna do przemieszczania. Marsz odbywał się na 3 różne sposoby.
Z głową pochyloną do przodu , z głową pochyloną w prawo oraz z głową
pochyloną w lewo. Nie były dozwolone żadne inne pozycje . Pomyślałem
sobie wtedy że jak to na ser szwajcarski przystało dziur powinno być
bardzo dużo a tu ot taka mała wąska szczelina. Poszliśmy dalej , lecz
już po 15 minutach marszu stwierdziliśmy że tej nocy nie uda nam się
ogarnąć wszystkich tarnogórskich dziur. Poszliśmy więc spać.


Kapała woda. Obudziłem się zapłakany w całkowitych ciemnościach zastanawiając
się co się dzieje. Krople wody uderzały głośnym dźwiękiem w coś twardego.
Kapało mi prosto do lewego oka. Zmieniłem więc nieco swoje położenie
i z uśmiechem na ustach , którego nikt nie był w stanie dostrzec w
tej czarnej dziurze w jakiej się znajdowaliśmy znów postanowiłem zasnąć.
Chlupot wody jednak nie ustał. Wciąż kapało.... Zastanowiłem się chwilkę
.... Skoro nie kapie już do mojego oka , ani do śpiwora w którym spałem
to gdzie ??? Zapaliłem latarkę i wszystko stało się jasne. Wodospad
kropelek wody spadał niczym grad na śpiącego koło mnie Łukasza. Obydwaj
spaliśmy właściwie jak pod prysznicem. Najlepsze miejsce - bo oddalone
o parę metrów od kapiącej wody wybrał Kazik. Następnego
dnia Łukasz chodził jakiś podenerwowany. Co chwile łapał za telefon.....
Domyślałem się , że sypia bardzo źle :-(
Nasza eksploracyjna przygoda rozpoczęła się od rekonesansu do dziur
usytuowanych w pobliżu bazy biwakowej. Jako doświadczeni degustatorzy
różnego rodzaju serów nikt z nas nie przypuszczał , że właśnie ten
będzie płatał nam takie figle. Byliśmy w niewielkiej salce z otworem
w ziemi - daleko od domu , daleko od wyjścia i daleko od świata rzeczywistości.
Ilość dziur i korytarzy na początku wydała nam się dosyć imponująca.
Najpierw poszliśmy więc w lewo . Marsz trwał około pół godziny , kiedy
po tym czasie idąc cały czas "prawie" na wprost ponownie
znaleźliśmy się w punkcie wyjścia - w małej salce z otworem w ziemi
do złudzenia przypominającą studnię. Nieco zaskoczeni takim obrotem
spraw udaliśmy się tym razem na wprost. Tu już sytuacja była inna.
Dziura była tak niska i ciasna że trudne i niebezpieczne było przeciskanie
się nią dalej. Zawróciliśmy wybierając ostatni pozostały nam kierunek
- w prawo. Tym razem temperatura eksploracyjnych emocji podskoczyła
dosyć znacznie, kiedy to ilość korytarzy izwiększyła się nieoczekiwanie.
Chodziliśmy w prawo , w lewo , prosto , do tyłu , potem znów do przodu
... znów w prawo i tak po 1,5 godzinnym spacerze znów znaleźliśmy
się w punkcie wyjścia - znanej nam doskonale salce ze studnią. Czuliśmy
jednak wszyscy , że prawdziwa tajemnica wisi nad nami i czai się gdzieś
w otchłani wąskich i ciasnych otworów.

Nagle
jakby mało było dziwnych i niewytłumaczalnych w żaden sposób ciągów
zdarzeń stała się rzecz niesłychana - zadzwonił telefon !
Stanęliśmy niczym słupy soli z zaskoczenia. Byłem najbliżej aparatu
więc powolnym i ostrożnym ruchem wyciągnąłem rękę i chwyciłem za słuchawkę.
Głos wydał mi się dziwny ale jednocześnie znajomy. To nasz przewodnik
- specjalista w dziedzinie badanego akurat gatunku sera postanowił
sprawdzić jak nam się wiedzie. Żyjecie ? - żyjemy odpowiedziałem.
Konsumujecie ? - konsumujemy . Na pytanie czy wyjdziecie sami odpowiedziałem
również twierdząco.
Hmmm.... w takim miejscu telefon.....
Dzień zbliżał się do końca. Kazik jako pierwszy wysunął bardzo śmiałą
teorię iż to co mieliśmy już zobaczyć to zobaczyliśmy a teraz ponieważ
nic więcej tu nie ma - powinniśmy wracać. Chyba wszyscy byliśmy trochę
podenerwowali splotem dziwnych , następująych po sobie zdarzeń. Kolejnego
dnia emocje Łukasza sięgnęły zenitu. Po krótkiej naradzie telefonicznej,
późną obiadową porą postanowił zgotować nam na obiad olbrzymiego kalafiora.
Zastanawialiśmy się z Kazikiem co robić. Po tak obfitym posiłku nie
byłoby mowy o powrocie do dziury ! Wszystko jednak wskazywało na to
że na tej wyprawie umrzemy z przejedzenia a co za tym idzie ,umrze
i sama wyprawa. Ciężkostrawny posiłek był już bardzo blisko kiedy
przyszła nam na pomoc druga część ekipy rezydująca w hotelu. Zaczęła
się wymiana poglądów kulinarnych . Jak wiadomo każdy lubi dobrze zjeść
, ale tak ogromna ilość kalafiora mogła naprawdę poważnie zaszkodzić
nam wszystkim. Odsiecz przybyła w porę. Wynikiem prawie 3 godzinnej
debaty było ustalenie innego - rozsądniejszego menu na najbliższe
2 dni.
Po tym wszystkim wróciliśmy do dziury jak nowo narodzeni , z nowymi
pomysłami i nowymi informacjami o ciekawym miejscach które miały się
znajdować gdzieś tam głęboko .....


Następnego
dnia było jak w wojsku. Wstaliśmy coś około 6 rano. Krótka , poranna
zaprawa , szybkie "siusiu" i 10- minutowe śniadanie prawie
z zegarkiem w ręku. Razem minęło niecałe 40 minut i byliśmy gotowi
do wymarszu. Tym razem jednak przemieszczane się było trudniejsze.
Dźwigaliśmy pontony , liny i mnóstwo bardziej lub mniej potrzebnego
żelastwa. Przemieszczaliśmy się bardzo wąskimi korytarzykami. Niekiedy
była tak ciasno , że marsz odbywał się na kolanach. Gdzieniegdzie
woda wlewała nam się do gumowych butów. Chwilami idąc przodem słyszałem
głuche stuknięcia kasków o kamienne stropy chodników. Przemieszczaliśmy
się długo ale czasu nikt tak naprawdę nie liczył. Mijaliśmy dziury
bardziej i mniej obiecujące. W końcu trafiliśmy do największej. Największa
wymusiła na nas zainstalowanie stanowiska zjazdowego i zjazd na linie
do niższych partii. Na dole panował złowrogi klimat.
Padał
deszcz a wilgotne powietrze wróżyło szybką zmianę pogody. Na dole w niewielkiej przystani otoczonej zewsząd zalanymi chodnikami
zastaliśmy 2 zacumowane gumowe łodzie gotowe w każdej chwili do wypłynięcia.
Obok był również plażowy materac , mokra gąbka , 1 stara skarpeta
oraz na wpół zgniłe dzinsy.
Pierwsze rozpoznanie terenu wykonałem na gumowej łodzi. Kiedy Kazik
z Łukaszem znaleźli się na dole - w dalszą trasę wybraliśmy się już
pontonem. Kazik - jako człowiek z nad morza preferował jednak sprzęt
plażowy więc początkowo przemieszczał się na gumowym kole.
Potem
płynęliśmy już wszyscy w pontonie. Odpychaliśmy się od bocznych ścian
gdyż nie było możliwości wiosłowania. Po drodze każdy z nas myślał
o czymś innym. Każdy funkcjonował inaczej. Wymiana poglądów i spostrzeżeń
o tym co i kto widział miała właściwie miejsce dopiero pół roku później.
Przemieszczaliśmy się w pontonie początkowo wyprostowani niczym pasażerowie
autobusu. Potem kiedy wody było więcej płynęliśmy mocno pochyleni
na boki. Później kiedy odległość stropu od burty pontonu wynosiła
już zaledwie 30-40 cm rozpoczęła się wielka gala pokazów gimnastycznych
mająca na celu takie ułożenie swojego ciała aby w jak najmniejszym
stopniu wystawało z pontonu. Początkowo była to niezła zabawa.

Nie
jeden joga wysiadłby z nami już w przedbiegach. Płynęliśmy powoli
przemieszczając się dosłownie centymetr po centymetrze. Nogi wciąż
drętwiały. Wykonywanie ruchów głową przestało być już możliwe. Ręce
wysuwaliśmy tylko na odległość 20 cm aby odpychać się dalej od ścian.
Korytarz był wciąż węższy i niszy ale my nie mieliśmy zamiaru łatwo
się poddać. Płynęliśmy aż chwilami nasze nosy , policzki i głowy ocierały
o ostre krawędzie skalnego korytarza. Było coraz trudniej ale ciekawość
mająca pokazać co jest na końcu tunelu była od nas silniejsza. Wciąż
płynęliśmy jęcząc chwilami z powodu drętwienia nóg i rąk. Nagle ktoś
krzyknął głośno "KURWA WRACAJMY ! DO CH...". W prawie całkowitych
ciemnościach trudno było ustalić kto wydał ten okrzyk. Może to nawet
byłem ja .... Pontonu nie można już było odwrócić. Zmienili się więc
dowódcy przy sterach. Zwykły marynarz rezydujący na końcu łodzi stał
się kapitanem a dotychczasowy kapitan zamilkł na długo po swojej degradacji.
Płynęliśmy w przeciwną stronę klnąc coraz bardziej kiedy zdrętwiałe
nogi coraz trudniej było wyprostować.
W
końcu uciekliśmy z tego piekła. Każdy odetchnął z ulgą.... Dwugodzinne
manewry w ciasnych korytarzach wzbudzały w nas narastające uczucie
głodu. Czasu , którego nikt nie liczył od samego rana. Powrót trwał
2 razy dłużej niż dotarcie do miejsca gdzie płynęliśmy pontonem. Kiedy
po długim marszu i powrocie do bazy okazało się że jest prawie 23
w nocy to nikt początkowo nie mógł uwierzyć. Na środku sali paliła
się świeczka. Obok leżała lekko przybrudzona biała kartka z następującą
informacją : "PROSŻĘ O PILNY KONTAKT !!! JEŻELI SIĘ NIE ODEZWIECIE
DO RANA ROZPOCZYNAMY AKCJĘ RATUNKOWĄ". Stanęliśmy jak wryci z
zaskoczenia. Nikt nie zwracał uwagi na upływający bardzo szybko czas.
Niezbyt precyzyjnie określiliśmy naszemu przewodnikowi termin wyjścia
z dziury. Strach spojrzał nam w oczy. Co teraz będzie. Prawie wyszliśmy
z dziury a teraz ktoś zacznie nas ratować. Nie minęła nawet minuta
jak usłyszeliśmy metaliczny dźwięk otwierania ogromnych stalowych
wrót. Przekleństwa leciały na nas już z daleka. Nie było rozsądne
z naszej strony niepowiadomienie naszego przewodnika o terminie wyjścia.
Udało nam się jakoś załagodzić sprawę. Przemoczeni , zmęczeni i głodni
ledwo wykrzesaliśmy resztki sił aby przyrządzić posiłek. Kolejnego
dnia z dziury wyszliśmy.
Powrót do domu jest jak zawsze najgorszy i najmniej przyjemny - lepiej
jednak bezpiecznie wracać niż nie wrócić. I taki był koniec naszej
wyprawy. Zbadaliśmy bardzo niewielką część serowych dziur. Może była
to 1/100 całości , może mniej. Niektórzy starzy wyjadacze mówią że
jest ich ponad 300km. Ale ja nie wierzę bo jak w jednym malutkim kawałeczku
smacznego serka może być tak wiele dziur. Następnego dnia się obudziłem
i poszedłem do pracy jak gdyby nigdy nic.

