ciekawe miejsca , nasze wyprawy
W
poszukiwaniu kopalni "Szczęść Boże"
Początek
roku 2005 był bardzo obfity pod względem ilości wypraw terenowych.
Przeciętnie co 2 tygodnie znajdowałem się w różnych zapomnianych zakątkach
naszego kraju. Podczas jednej z takich wypraw postanowiliśmy zweryfikować
legendę o istnieniu podziemnego połączenia pomiędzy nieczynnymi wyrobiskami
kopalnia Konstantin w Braszowicach a kopalnią Szczęść Boże w Masywie
Grochowej. Zagadnienie było dla nas interesujące , a na temat połączenia
tych dwóch obiektów górniczych istnieją jedynie szczątkowe i niepotwierdzone
informacje. Wzgórza braszowickie obfitują w istnienie obiektów górniczych
o różnym profilu wydobywczym. Nieczynne kopalnie można tam spotkać
dosłownie co kilkaset metrów , a sam Masyw Grochowej poprzecinany
jest podziemnymi chodnikami niczym szwajcarski ser , co dla nas -
badaczy starych wyrobisk górniczych jest nie lada atrakcją.
Początek wyprawy a właściwie dojazd do miejsca akcji był jak zwykle
trudny. Wyjechałem pociągiem z Gdańska wraz z Kazikiem około południa.
W późnych godzinach wieczornych
znaleźliśmy się w miejscowości Suszka. Pierwszym napotkanym po całym
dniu niezbyt przyjemnej podróży problemem było ustalenie kierunku
marszu w kierunku Braszowic. Niewiele brakowało a poszlibyśmy dokładnie
w przeciwną stronę sugerując się widzianymi z oddali światłami oddalonych
o kilka kilometrów zabudowań. Marsz zajął nam ponad 1,5
godziny , a najśmieszniejsze było to , że przez połowę tej drogi nie
byliśmy pewni czy podążamy we właściwym kierunku. Kiedy dowlekliśmy
się w końcu do miasteczka będącego miejscem spotkania z Łukaszam ,
który miał dojechać z Warszawy wybijała już prawie godzina 22-ga .
Myślałem jedynie o tym aby pójść w końcu spać, ale jak się okazało
sprawa nie była taka prosta. Kiedy spotkaliśmy się w pełnym ,3-osobowym
składzie postanowiliśmy poszukać odpowiedniego miejsca na nocleg .
Mimo iż w okolicach pełno jest "dziur" my wybraliśmy sobie
akurat miejsce znane nam z zeszłorocznej wyprawy w te okolice - nieczynne
wyrobiska kopalni Konstantin. Nigdy bym nie przypuszczał , że za tą
błędną decyzję będziemy pokutowali przez kolejne kilka miesięcy. Droga
do sztolni wejściowej nie była łatwa gdyż znalezienie jej w całkowitych
ciemnościach graniczyło z cudem. Błądziliśmy więc kilka minut zanim
trafiliśmy na drogę prowadzącą z miasteczka w stronę kamieniołomu.
Kiedy mijając po drodze kilkuosobową ekipę innych "sztolniowców"
w końcu dotarliśmy do otworu wejściowego chęć wyspania się
była jedyną myślą jaka zaprzątała mój umysł. Jako bazę noclegową wybraliśmy
sprawdzone już podczas poprzedniej wyprawy miejsce położone kilkanaście
minut drogi od wejścia. Zmęczenie nasuwało mi jedną jedyną obawę -
bałem się że w ramach wypoczynku po podróży prześpimy połowę kolejnego
dnia. Tu jednak byłem w błędzie.... Idąc chodnikiem w stronę bazy
w oddali mrugnęło kilka świateł latarek sugerujących iż nie jesteśmy
w obiekcie sami. Aż strach by było pomyśleć co byśmy zrobili gdyby
planowane miejsce naszego noclegu zajęte było przez inną ekipę , na
szczęście tak nie było.
Nawet nie wiem po ilu godzinach snu obudził mnie podniesiony ton rozmowy.
Kiedy otworzyłem oczy stało nad nami dwóch facetów gadających coś
o niebezpieczeństwie i tym , że tu nie wolno wchodzić. Rozjaśnienia
umysłu doznałem dopiero gdy usłyszałem że będziemy musieli opuścić
zajmowaną przez nas bazę. To była tragedia. Kilkanaście godzin podróży
pociągiem , potem długi, nocny maraton a teraz ktoś przerywa mi sen
i każe się wynośić.... Taka sytuacja miała miejsce pierwszy raz w
moim życiu. Niemiła dyskusja z "najeźćcami" wskazywała na
to iż osobą , która pofatygowała się aby zakłócić nasz sen był sam
kierownik kopalni wraz ze swoim pracownikiem . Trochę dziwny wydał
mi się fakt , że zamiast strażników kamieniołomu swoje stanowisko
pracy opuścił sam szef aby przyjść do nas. Ten niezbyt miły osobnik
po kilku minutach wymiany zdań uparł się żeby zobaczyć nasze dokumenty.
Po okazaniu mu przez grzeczność dowodu osobistego boss zmienił jednak
natychmiast swój ton dyskusji i zagroził nam że jeśli za 15 minut
nie zjawimy się u niego w biurze znajdującym się gdzieś na dnie kamieniołomu
to on wezwie policję ! Po wypowiedzeniu tych słów gość oddalił się
z naszym dowodem osobistym w nieznanym kierunku . Ale jaja.
Takiego obrotu sprawy nikt z nas się nie spodziewał . Rozpoczęliśmy
więc szybkie rozważania na temat tego którędy dojść na dno kamieniołomu
najszybciej. Długo jednak zastanawiać się nie trzeba było, gdyż wysłany
przez kierownika kamieniołomu pracownik miał już opracowaną idealną
trasę dojścia dla nas. Kiedy opuściliśmy teren wyrobisk sztolnią naszym
oczom ukazała się kilkunastometrowa stroma ściana wyrobiska odkrywkowego
którędy nakazano nam schodzić. W normalnych warunkach wyjąłbym z plecaka
linę i przystąpił do poręczowania tego zejścia ale czas ponaglał....
zostało go niewiele a wiadomo że nikt nie chciał mieć doczynienia
ze stróżami prawa. Nie mając wyboru rozpoczęliśmy więc zejście stromym
osypiskiem. W innych okolicznościach pewnie nikt z nas nie zdecydowałby
się na taki brawurowy wybryk. Na plecach każdy dzwigał kilkadziesiąt
kilogramów sprzętu biwakowego , prowiantu , lin oraz sprzętu alpinistycznego.
Oprócz tego nieśliśmy wory jaskiniowe wypchane po brzegi tym co nie
zmieściło się do plecaków. Czas mijał nieubłagalnie więc bez zastanawiania
się przemieszczaliśmy się w dół dosłownie centymetr po centymetrze.
Trwało to dosyć długo więc od razu założyłem że dotarcie niewiadomo
gdzie ,do kryjówki ów szefa kamieniołomu , który porwał jeden z naszych
dowodów osobistych nie uda się w 15 minut.
Przemieszczając się na dół w oczach migały mi obrazy z najbardziej
niebezpiecznych miejsc jakie miałem okazje w swojej karierze odwiedzić.
Wystarczyła chwila nieuwagi , jeden niewłaściwy ruch i każdy z nas
mógł zlecieć kilkanaście metrów w dół po stromym zboczu wyrobiska.
Najgorzej gdyby noga powineła się temu który szedł ostatni ponieważ
pociągnąłby za sobą całą resztę .....
Kiedy zeszliśmy w końcu na dół zapomniałem o czasie w jakim mieliśmy
dotrzeć do bossa po dowód osobisty. Mój wzrok zaprzątnęły piękne widoki
porośniętych gdzieniegdzie drzewami i krzewami ścian kamieniołomu.
Miejsce w którym się znaleźliśmy przypominało istnie księżycowy krajobraz.
Eksploatowane półki skalne przypominały ogromny lej wulkaniczny z
czerniącymi się co kawałek otworami dawnych wyrobisk górniczych pochodzących
z czasów kiedy magnezyt - bo on właśnie jest tu wydobywany eksploatowany
był jeszcze metodami górniczymi polegającymi na drążeniu pod ziemią
sztolni i szybów. Spragniony takich widoków , których nie ma w promieniu
co najmniej 500km od miejsca mojego zamieszkania musiałem niestety
maszerować w stronę niewielkiego baraku w którym czekał na nas "łowca".
Tempo marszu spowodowało iż kiedy dotarliśmy do baraku czułem się
jak gdybym wychodził po linie kilkaset metrów do góry.... bez śniadania.
Kierownik widząc chyba skrajny stan wyczerpania fizycznego poczęstował
nas wodą co było chyba jedynym miłym gestem z jego strony. Ciąg kolejnych
zdarzeń nie wiąże się właściwie z tematem tego tekstu ale postanowiłem
opisać tą sytuację aby była ona ku przestrodze innych .
Minęło dobre kilkanaście minut kiedy ktoś z nas rzucił mimowolnie
pytanie : "na co właściwie czekamy". Odpowiedź bossa była
szybka i zdecydowana - "na policję". Tak więc od tego momentu
wszystko stało się jasne. Gdybym wiedział że sprawa się tak potoczy
to nigdy nie ryzykowałbym utratą życia lub kalectwem schodząc po eksploatowanej
ścianie kamieniołomu "na czas" obładowany sprzętem. Po kilku
minutach przyjechało polonezem dwóch policjantów . Rozmowa z nimi
obracała się głównie wokół tematu czy tam gdzie szliśmy nocą były
tablice z zakazem wstępu. Kierownik kamieniołomu upierał się że takowe
się tam znajdują i trudno ich nie zauważyć. Nasze zdanie było jednak
inne ponieważ żadnych tablic zakazujących wstępu nie mijaliśmy . Mało
tego - na polnej drodze dojazdowej prowadzącej z Braszowic , którą
dojechać można aż do samego kamieniołomu również żadne tablice zakazujące
wstępu się nie znajdowały (jeszcze tego samego dnia sprawdziliśmy
to 2 razy). Czas mijał, a my traciliśmy dzień przeznaczony na realizację
naszego planu wyprawy. Musieliśmy oprowadzić policjantów dokładnie
tą drogą którą szliśmy poprzedniej nocy do kopalni. I tak też zrobiliśmy
- po drodze nie znaleźliśmy żadnych tablic informujących o tym że
tam nie wolno wchodzić ani przebywać. W drodze powrotnej od sztolni
wejściowej w kierunku wioski Kierownik pokazał widoczną około 100m
metrów dalej białą, ledwo widoczną tablicę gdzieś w pobliżu skarpy
za którą zaczyna się odkrywka. Wprawdzie część drogi w nocy przebyliśmy
polem uprawnym , ale dojście do wyrobiska miało miejsce drogą dojazdową
na której nie było ani jednej tablicy ostrzegawczej.
Wizja lokalna trwała około 1,5 godziny. Tym sposobem realizacja celu
naszej wyprawy była opóźniona o prawie 5 godzin przez działania młodego
szefa kamieniołomu , który najwyraźniej chciał zabłysnąć operatywnością
przed swoim przełożonym - szkoda że w tak drastyczny sposób.
W stronę Masywu Grochowej ruszyliśmy dopiero późnym popołudniem wraz
z mieszkańcem Grochowa znającym dobrze teren , który wskazał nam miejsca
gdzie kilkadziesiąt lat temu znajdowały się nieczynne obecnie kopalnie
.
Jak już wspomniałem na początku okoliczne tereny obfitują w istnienie
dawnych wyrobisk górniczych zarówno głębinowych jak i odkrywkowych.
Rudy metali oraz niektóre gatunki kamieni szlachetnych były tu poszukiwane
już w średniowieczu.
W XIX odkryto tu pokłady węgla brunatnego. Pierwsze wzmianki o istnieniu
w tym rejonie kopalni węglowych pochodzą z 1396 roku. W latach późniejszych
funkcjonowały tu 2 kopalnie Klara oraz Henrietta należące do Schlaberendorfa
oraz Plathnera. Okres ich największego wydobycia przypadł na lata
1850-1860. W tych też latach doceniono najważniejsze zalety zalegających
w ziemi złóż magnezytu zwanego też "kamiennym szpikiem"
. Do cech tych należała głównie odporność na działanie wysokich temperatur.
Na terenie Masywu Grochowej magnezyt występuje na głębokości około
100m a w południowym stoku masywu jego mineralizacja dochodzi również
do głębokości 150m. Największą kopalnią wydobywającą magnezyt w tym
rejonie była kopalnia "Szczęść Boże". Oddalona jest od sąsiedniego
- mniejszego wzniesienia na którym również eksploatowano ten minerał
o niecały kilometr . Prawdopodobnie wyrobiska tych i innych kopalń
znajdujących się w braszowickich wzgórzach były kiedyś połączone i
takie podziemne połączenie chcieliśmy właśnie odnaleźć. Założeniem
pierwszej wyprawy w okolice kopalni "Szczęść Boże" była
lokalna wizja terenu oraz rozpoznanie pozostałości po znajdujących
się tu niegdyś obiektach górniczych. Oczywistą sprawą było również
określenie stanu górniczego wyrobisk oraz możliwości późniejszego
wejścia do nich.
Kiedy
dotarliśmy do miejsca gdzie zlokalizowany był główny szyb wydobywczy
kopalni "Szczęść Boże" okazało się że aktualnie jest tam
teren wysypiska śmieci. Dookoła fruwały foliowe worki , których nie
był w stanie zatrzymać nawet płot odgradzający w niektórych miejscach
teren wysypiska. Szybu szukać długo nie trzeba było gdyż znajdował
się tuż przy drodze dojazdowej i był ogólnodostępny. Szyb , a właściwie
to co po nim zostało to podstawa wieży wyciągowej wraz w fragmentem
widocznej obudowy ceglanej. Wnętrze wypełnione jest paroma tonami
śmieci komunalnych . Widok ten zniechęcił nas do dalszego szukania
wejścia do kopalni w tym miejscu.Wraz z naszym przewodnikiem przemieszczaliśmy
się w głąb leśnych terenów masywu w poszukiwaniu starych sztolni ,
szybów i wszystkiego , co związane było z dawnym górnictwem w tym
rejonie. Dziwne otwory w ziemi , zapadliska , pingi znajdowały się
dosłownie co kilkanaście metrów. Stan ich zachowania był różny. Gdzieniegdzie
fragmenty obudowanej stemplami sztolni rokujących szanse na penetrację
a dalej kilkunastometrowe otwory - dziury w ziemi do których dna nie
docierało światło naszych latarek. Takich śladów znaleźliśmy tam mnóstwo
ale moją uwagę zwróciły właściwie 3 miejsca , które według mojej oceny
rokowałyby szanse dotarcia do wnętrza starych kopalń znajdujących
się w Masywie Grochowej. Pierwszym
takim miejscem był głęboki , pionowy otwór w ziemi oddalony około
400-500 m od głównego szybu wydobywczego kopalni "Szczęść Boże.
Nie byłem w stanie określić jego przeznaczenia. Nie wyglądał ani na
szybik wentylacyjny ani tym bardziej transportowy ze względu na swoją
niewielką średnicę około 1,2m . Niczym niezabezpieczony otwór znajdował
się w lesie kilkadziesiąt metrów od drogi. Górna partia otworowa zlokalizowana
była w niewielkim leju zapadliskowym. Na głębokości około 10m widoczne
były fragmenty drewnianej obudowy chodników oraz prawdopodobnie fragment
samego chodnika górniczego. Piszę "prawdopodobnie" ponieważ
nikt z nas nie odważył się tam wejść. Przygotowanie specjalnego stanowiska
zjazdowego oraz odpowiednich zabezpieczeń mogłoby zająć kilka godzin
a my takiej ilości czasu akurat nie mieliśmy. Szybik ten stanowi jednak
miejsce warte eksploracji podczas przyszłych wypraw.
Kolejne
interesujące miejsce znajdowało się znów kilkaset metrów dalej. Był
to poziomy chodnik sztolni o długości kilkunastu metrów na którego
końcu znajdował się zasypany w górnej części szyb transportowy. Szyb
ten posiadał widoczne fragmenty obudowy stalowej która przysypana
była sporą warstwą ziemi oderwaną z górnej części chodnika. Szyb wypełniał
korek ze stempli oraz gruzu skalnego zalegający w jego górnej części.
Przy odpowiednim przygotowaniu tam stanowiska zjazdowego z pewnością
istniałaby możliwość przedostania się niżej pomiędzy poszczególnymi
warstwami korka oraz stalowej obudowy szybu. Kolejnym miejscem był
niewielki obiekt górniczy znajdujący się przy oznakowanej przez PTTK
drodze prowadzącej do Jugowa. Myślę że obiekt ten nie miał akurat
nic wspólnego z kopalniami Masywu Grochowej i był o wiele starszy
od innych istniejących w tamtym rejonie. Zainteresował mnie głównie
ze względu na swój kształt. Niewielkie wyrobisko rozpoczynało się
kilkunastometrowym chodnikiem wejściowym prowadzącym do szybu o średnicy
około 3m prowadzącego na powierzchnię. Z dna szybu odchodziły chodniki
boczne dokładnie w czterech stronach świata. Kształt wyrobiska przypominał
gwiazdę i stąd w swoich notatkach opisałem to jako "wyrobisko
gwiaździste". Chodniki biegnące w kierunkach północnym i wschodnim
miały długość około 20m i kończyły się przodkami. Chodnik biegnący
w kierunku południowym wypełniony był rumoszem skalnym , co uniemożliwiło
mi określenie jego przybliżonej długości. Chodnik zachodni miał około
50m. długości i wypełniony był kilkunastoma centymetrami wody . W
odległości 5m od szybu znajdował się otwór niewielkiej średnicy do
którego wpływała woda z chodnika , co sugerowało możliwość istnienia
niżej innych niedostępnych obecnie partii kopalni.
Podsumowanie.
Podziemnego
połączenia pomiędzy kopalnią Konstantin i Szczęść Boże nie udało nam
się odnaleźć. Nie przyniosły też pozytywnego rezultatu próby odnalezienia
miejsca z którego warto by rozpocząć takie poszukiwania. Teren jest
jednak godny takich poszukiwań i nie wątpię w to iż kolejne wyprawy
zostaną uwieńczone sukcesem.
W Masywie Grochowej zlokalizowane jest co najmniej kilkadziesiąt różnego
rodzaju pozostałości po istnieniu dawnych wyrobisk górniczych . Większość
z nich ze względu na swój stan techniczny nie nadaje się do eksploracji
. Sztolnie i szyby rokujące możliwość dostania się do dalszych partii
starych kopalni wymagają odpowiedniego przygotowania technicznego
i sporego nakładu prac jakie trzeba włożyć w zabezpieczenie wejść
przed obwałami. Tereny dawnych wyrobisk nie są oznakowane i nie mają
żadnych informacji o niebezpieczeństwach związanych z możliwością
np. wpadnięcia przypadkowego turysty do otworów szybów znajdujących
się w lesie. Penetrując te tereny należy kierować się zasadami zdrowego
rozsądku i pamiętać o tym aby "mieć oczy otwarte" gdyż teren
jest bardzo niebezpieczny nawet dla doświadczonych eksploratorów.






