ciekawe miejsca , nasze wyprawy
(zalecana rozdzielczość ekranu:
1280x800 pixeli)
ZLATE HORY - ZALESI
22-25.11.07
Miejsce akcji:
1: nieczynne
wyrobiska górnicze masywu Żebraczki koło Zlatych Hor
2: nieczynna kopalnia uranu w miejscowości Zalesi koło Javornika
Uczestnicy
wyprawy : Łukasz Bieleń (Warszawa) , Maciej Pawełczyk (Sosnowiec)
, Krzysztof Moraczewski (Szczecin) , Grzegorz Januszkiewicz (Olsztyn)
, Wojtek Kuczok (Chorzów) , Jarek Surmacz (Jaworzno) , Adam Wojcieszonek
(Gdynia)
Cel
wyprawy:
Celem eksploracji było określenie drożności systemu chodników łączących
główne komory wydobywcze kopalni oraz dotarcie do najniżej położonych
partii systemu. W przypadku kopalni uranu w Zalesiu postawiliśmy sobie
za główny cel dotarcie do jednej z największych komór wydobywczych
o nazwie GABOR oraz stworzenie dokumentacji fotograficznej tego miejsca.
Do
Zlatych Hor dojechaliśmy w 3-osobowym składzie . Tradycyjnie już ,obładowani
bardziej lub mniej potrzebnym sprzętem przekroczyliśmy czeską granicę
około godziny 24-tej .Pograniczników bardziej interesowało to , co
wieziemy w 2 olbrzymich worach na dachu samochodu, niż nasze dokumenty
czy cel "wycieczki". Na szczęście nie kazali nam pokazywać
tajemniczej ów zawartości bagażu. Po kolejnym półgodzinnym odcinku
trasy znaleźliśmy się już w pobliżu gigantycznego zapadliska Żebraczki
. Pozostała część ekipy miała dojechać w piątek rano, więc postanowiliśmy
założyć bazę biwakową w lesie i przespać się do czasu rozpoczęcia
akcji.
Ciężko było zasnąć zdając sobie sprawę z tego, że gdzieś tam głęboko
pod nami znajduje się gigantyczny labirynt podziemnych chodników -
pewnie nie do końca zbadanych od czasu, kiedy w kopalni zaprzestano
wydobycia - czyli paredziesiąt lat temu. Podziemny świat - to jest
to , co jednych intryguje , innych pobudza do życia i jeszcze innym
nie pozwala zasnąć . Rano obudziły nas promienie słońca przeplatane
przenikliwym , zimnym wiatrem utrudniającym rozpalenie "prymusów"
;-) Tematem numer jeden było to, czy Łukasz wraz z pozostałą częścią
grupy spóźni się godzinę , dwie , dzień.... Mowa o spóźnieniu wywoływała
u każdego z nas uśmiech na twarzy tak, jak gdyby sprawa była od początku
przesądzona. W końcu dojechali .... "tylko" półtorej godziny
obsuwy czasowej, więc nie było aż tak źle. Uzasadnione problemy techniczne
związane z .....
Zapadlisko
Żebraczki powstało w wyniku obwalenia się gigantycznej komory wydobywczej.
Długość jego przekracza 100m, a głębokość zbliżona jest do około 70-80m.
Wewnątrz w górnych partiach widoczne są wloty zsypów urobkowych oraz
fragmenty chodników komunikacyjnych . Dolne partie zapadliska składają
się z licznych obwałów ziemnych, skalnych oraz namulisk wypełniających
dno wyrobiska. W skrajnych partiach byłej komory wydobywczej znajdują
się ukryte za szczelnymi tamami wejścia do wyrobisk. Ponieważ wstępne
rozpoznanie tego obiektu miało już miejsce kilka tygodni wcześniej
, ustaliliśmy że poświęcimy 1 dzień na zbadanie chodników oraz komór
do których wejście znajdowało się w lewym końcu zapadliska a kolejny
dzień na eksplorowanie głębszych partii kopalni, do których wejście
znajdowało się z prawej części Żebraczki.
Drobne kłopoty zaczęły się już podczas samego forsowania tamy. Okazało
się, że nie wszyscy się zmieszczą wąską i ciasną szczeliną . Problem
pokonaliśmy jednak w prosty sposób poprzez zamontowanie stanowiska
zjazdowego w jednym z chodników górnej części komory. Umożliwiło to
wejście pozostałym członkom grupy po linie bezpośrednio do chodnika
,wspinając się po pionowej ścianie komory na wysokość 15-20m.
Przedsięwzięcie zajęło ponad 1,5 godziny. W tym czasie Maciek zaporęczował
szyb drabinowy prowadzący w dół drewnianą klatką schodową do kolejnych
komór wydobywczych.
Stan
techniczny szybu drabinowego był nie najgorszy. Gdzieniegdzie brakowało
szczebli , wiszące "na niczym" poręcze i niektóre drabiny
sprawiały, że poruszanie się w dół zajmowało sporo czasu. W końcu
dotarliśmy do dna. Nie był to najniżej położony punkt klatki schodowej,
lecz najniższy DOSTĘPNY punkt. Dalsza część szybu wypełniona była
gruzem skalnym , drewnianymi belkami oraz połamanymi drabinami. Znaleźliśmy
się w niewielkim pomieszczeniu przypominającym trochę balkon, z którego
rozpościerał się widok na ogromną komorę. Właściwie trudno tu pisać,
że był tam jakikolwiek "widok". Komora była jedną wielką
czarną dziurą, której nie były w stanie rozświetlić nawet nasze 150
watowe halogeny. Światła latarek nie docierały do stropu komory ani
do skrajnych ścian otchłani. Ogromna przestrzeń robiła niesamowite
wrażenie. Piekielna czeluść nie chciała zbyt łatwo odkryć swoich tajemnic.
Z balkonu zjechaliśmy na dno komory . Zaskoczeniem dla wszystkich
było odkrycie kolejnej "czarnej dziury" która zlokalizowana
była w dnie tej , w której obecnie się znajdowaliśmy. Co do głębokości...
hmm... trudno tu o niej mówić nie widząc niczego ani nie dysponując
szczegółowymi planami górniczymi, więc aby oszacować głębokość zrzucaliśmy
na dół kamienie. Łukasz stwierdził tylko, że zanim kamień opadnie
na dno komory to można w tym czasie zdążyć wypić kawę ;-)
Znajdowaliśmy się więc po środku piekielnej otchłani.
Odległości
do stropu czy dna komór były trudne do oszacowania. Przemieszczaliśmy
się po gruzowisku i graniach powstałych w wyniku odrywania się bloków
skalnych ze ścian i stropu. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.
Droga powrotna wydawała się być prostsza. Najpierw po linie do góry
na balkon skalny a potem szybem drabinowym z asekuracją liny do góry
około 20-25m.
Wychodziliśmy pojedynczo , każdy czekał na swoją kolejkę. Przede mną
wychodził Grześ. Stałem już na dole przygotowany do wpięcia się w
linę. Nagle usłyszeliśmy potworny dźwięk przypominający oberwanie
się jakiegoś gigantycznego kamienia, który lecąc na dół niszczył i
łamał wszystko, co miał na swojej drodze. W mgnieniu oka odskoczyłem
na bok . Cała sytuacja trwała ułamki sekund. Nikt nie zdążył nawet
krzyknąć niczego w stylu "uwaga" bo coś spada. Zaraz nasunęły
mi się dziwne myśli, czy aby na pewno damy radę wyjść po drabinach
i czy cokolwiek jeszcze z nich zostało. W natłoku takich i innych
myśli usłyszałem z góry komendę informującą o tym , że lina jest wolna
i można wychodzić do góry. Strach było po tym wszystkim podejść do
szybu. Wpiąłem się do liny i ruszyłem do góry. Pierwsza drabina była
cała , kolejna też , następne również. Kiedy doszedłem na górę i zapytałem
co się, k..., stało? i usłyszałem komentarz Grzesia, że w sumie NIC
- tylko zahaczył lekko o barierkę ;-) No cóż....
Na dnie zapadliska Żebraczki znaleźliśmy się około 21-szej. Mgła była
tak gęsta, że nie widać było przeciwległych ścian komory. Rozpoczęliśmy
wdrapywanie się do góry. Z krawędzi zapadliska wciąż obsypywał się
na dół piach , gruz skalny i kamienie różnej wielkości, więc wyjście
trwało stosunkowo krótko. Każdy przebiegał pod strefą bezpośredniego
zagrożenia i po ścianach zapadliska wspinał się do góry. Na górze
byliśmy około 22-giej.
Według wcześniejszych założeń wszyscy zdecydowaliśmy się spać w schronisku.
Organizowanie bazy biwakowej w kopalni byłoby bardzo uciążliwe ze
względu na konieczność pokonywania ciasnych tam. To właściwie był
nasz pierwszy nocleg w schronisku od paru lat. Zazwyczaj dla zaoszczędzenia
czasu i samej przyjemności staramy się organizować biwaki pod ziemią
!
Dojechaliśmy
do schroniska położonego "w Zonie ", w centrum Zlatych Hor.
Noclegownia przypominała czasy wczesnej "komuny". Na korytarzu
śmierdziało wybijającym szambem a schody skrzypiały podczas chodzenia
tak, jak gdyby miały się w każdej chwili zarwać. Mieliśmy jednak do
dyspozycji łazienki , prysznice i dobrze wyposażoną kuchnię, co było
niewątpliwie olbrzymią zaletą. Kolejnym punktem programu była wizyta
w miasteczku. Wybraliśmy się do knajpki w celu skonsumowania czegoś....
hmm... właściwie czegokolwiek po całym dniu łażenia po dziurach. Usiedliśmy
wygodnie przy dwóch stolikach podśmiewając się jednocześnie z dyskusji
dwóch Czechów siedzących przy barze. Czeski język jest niesamowity.
Po chwili podeszła kelnerka . Na pytanie Łukasza o to czy jest może
UTOPENEC odparła "ne ma", więc zamówiliśmy pizzę i browar.
Następnego dnia rano odwiedził nas kolega - Milan Janata - autor opracowania
"Javornicky Uran" poruszającego tematy historii kopalń w
Zalesiu. Milan oprowadził nas po okolicznych wyrobiskach Zlatych Hor
, opowiadając o ich historii , przeznaczeniu i stanie zaawansowania
eksploracji niektórych z nich. Obejrzeliśmy zapadliska i wloty sztolni
takich kopalń jak Altenberg, Maria Pomocna , Alt Hackelberg i kilku
innych .
Kolejnym punktem programu było dotarcie do niżej położonych części
wyrobisk zapadliska Żebraczki. Około godziny trwało znalezienie drożnego
wejścia do chodników. Droga wiodła granią usytuowaną pomiędzy dwoma
położonymi 10-15m niżej zapadliskami . W końcu dotarliśmy do otwartej
tamy, za którą widoczne już były główne ciągi komunikacyjne kopalni.
Ruszyliśmy
w dół połączonym ze sobą systemem 8-miu sztolni upadowych ponad 2-metrowej
wysokości ,przypominających klatkę schodową dla ciągników z urobkiem.
Po około 20-tu minutach marszu dotarliśmy na dół do miejsca , gdzie
namulisko wypełniało 3/4 wysokości chodnika i kolejny odcinek trzeba
było pokonywać prawie czołgając się. Po przejściu namuliska naszym
oczom ukazał się długi , zalany chodnik . Nie mieliśmy pontonu. Poziom
wody przewyższał 1 metr, więc nie było mowy o przejściu tego odcinka
suchą nogą. Wszyscy stwierdziliśmy jednogłośnie, że bez pontonu nie
mamy szans na sforsowane tego odcinka. Potrzebowaliśmy pontonu ! Nikomu
nie chciało się za bardzo śmigać upadowymi do samej góry i wracać
do samochodów po "środki pływające". Lenistwo , czy po prostu
zmęczenie.... nie wiadomo. Z pierwszą propozycją rozwiązania tego
problemu wyszedł natychmiast Maciek, stwierdzając że po ponton powinny
pójść "JAKIEŚ OSOBY" ;-) wszyscy przytakiwaliśmy po kolei
... Problemem było to, że oprócz naszej grupy nie było tu żadnych
innych osób. W końcu po krótkiej naradzie i dobrowolnym wystąpieniu
ochotników został oddelegowany na górę patrol składający się z dwóch
śmiałków, którzy mieli przynieść gumowy statek ratujący dalszą cześć
wyprawy.
Czas strasznie się nam dłużył. Robiliśmy zdjęcia ,włóczyliśmy się
bez celu i gadaliśmy o pierdołach.
W końcu ponton dotarł. Nadmuchaliśmy go migiem , po czym ruszył pierwszy
transport w głąb zalanego chodnika. Kursowaliśmy trzy razy, mijając
po drodze miejsca , gdzie drewniano - metalowa obudowa chodników wisząca
ledwo na zakotwionych szpilkach mogła spaść nam na głowę od dotknięcia
ręką czy samego tylko kichnięcia. Po drugiej stronie znajdowały się
suche chodniki. Potem znowu woda , potem sucho i tak w kółko. Tam
gdzie było to możliwe - Łukasz dysponujący wyższymi kaloszami przenosił
nas przez zalane części chodników . Następnego dnia ta praktyka miała
swój tragiczny finał ale o tym później...
Pod
ziemią często trafia się na dziwne miejsca o nieznanym przeznaczeniu
, znajduje się dziwne przedmioty czy też uczestniczy w sytuacjach,
które trudno jest wyjaśnić. Podczas naszej wędrówki wewnątrz góry
natrafiliśmy na prymitywnie zorganizowane legowisko. Miejsce gdzie
ktoś , kiedyś biwakował albo też spał . Rozłożone przy tamie deski
nakryte prześcieradłem i pozostawione obok tenisówki wskazywały na
to, że ktoś tu był przed nami i stacjonował w tym miejscu dłużej.
Czyżby ktoś zgubił drogę w labiryncie podziemnych chodników ? Droga
do wyjścia była tylko jedna i zajmowała około godziny. Kto więc zapuścił
się tu tak daleko i zdecydował się "zamieszkać" w takim
miejscu ? Na ścianie wypisana była tajemnicza data 25.03.06 . Ruszyliśmy
dalej. Najpierw tama , potem znowu woda , potem kolejna tama i znowu
woda. Dotarliśmy do obszernego chodnika, w którym biegły dwie równoległe
linie kolei wąskotorowej ,co mogło świadczyć o tym, iż znajdujemy
się w którymś z głównych chodników transportowych. Na końcu korytarza
torowisko urywało się w ciemnej czeluści - była to znowu gigantyczna
komora wydobywcza . Światło latarek czy halogenów nie docierało ani
do stropu ani spągu komory, więc zdecydowaliśmy się na odwrót i sprawdzenie
kolejnych bocznych chodników jakie widzieliśmy po drodze. W następnym
chodniku transportowym sytuacja była podobna. Boczne odgałęzienia
torowiska prowadziły do dna komory urobkowej. Kilkadziesiąt metrów
dalej podobne odgałęzienia prowadziły już do górnej części kolejnej
komory. Znajdowaliśmy się więc pomiędzy gigantyczną pustką wewnątrz
góry. Chodnik, którym się przemieszczaliśmy biegł pod dnem jednej
z komór i był jednocześnie stropem kolejnej komory znajdującej się
poniżej. Nigdy wcześniej u nas w Polsce NIE spotkałem kopalń o podobnej
konstrukcji. Przemieszczaliśmy się dalej sprawdzając każdą boczną
odnogę, która mogła zaprowadzić nas do dalszych partii systemu. Każdy
boczny chodnik wydawał się być zakończony niewielkim zawaliskiem.
Na pozór niewielkim, lecz za nim znajdować się mogła 100-metrowa przepaść,
więc każdy podchodził ostrożnie do takich miejsc.
W
dostępnym odcinku wyrobisk sprawdziliśmy każdą możliwą odnogę , każde
boczne odgałęzienie . Po stwierdzeniu, że NIE ma możliwości dotarcia
głębiej postanowiliśmy wracać do góry.
Droga powrotna była nieco prostsza, gdyż znaliśmy już trochę teren.
Tama , woda , tama , potem znowu woda i kawałki suchych chodników
, potem woda , pływanie pontonem i po 2 godzinach znaleźliśmy się
na dnie systemu połączonych sztolni upadowych. Upadowymi ruszyliśmy
w górę. Przeszliśmy grań zapadliska i z jego dna ruszyliśmy do góry.
Znowu mgła ....
Był wieczór. Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że nie jedziemy do knajpki
bo wypada skorzystać z zapasów prowiantu jakie zabraliśmy ze sobą.
Wieczorem obejrzeliśmy zdjęcia z poprzednich dni , zasmakowaliśmy
truskawkowej czy malinowej Finlandii i poszliśmy spać przed kolejnym
dniem eksploracji.
Po ciężkim dniu pełnym wrażeń wszyscy spaliśmy jak zabici. Spaliśmy,
dopóki do pokoju nie wparował Łukasz i nie zrobił pobudki :-( Kurcze
- gdybym tylko miał pod ręką coś ciężkiego , żeby rzucić... Jezu ,
przecież to był środek nocy.
No i musieliśmy wstawać. Szybkie śniadanie , pakowanie betów do aut.
O 9-tej wyjechaliśmy z Zony. Do Zalesia było około 50 km. Kolejna
"dziura" czekała już na nasz przyjazd.
  
Pierwsze
, co rzuciło nam się w oczy po dojechaniu na miejsce akcji to przenikliwe
zimno. Zalesie - malutka wioska przypominająca raczej osadę zlokalizowaną
pomiędzy dwoma wzgórzami. Po drodze 2-3 opuszczone domostwa, "lampownia"
, las i nic więcej. Przebieraliśmy się w ciuchy jaskiniowe i ruszaliśmy
w górę , gdzie znajdował się zalany do niedawna betonem otwór wejściowy
sztolni należącej do największej w tym rejonie kopalni uranu. Ciasne
wejście prowadziło w głąb systemu chodników poprzez magazyn ładunków
wybuchowych. Po drodze tama , zawały , kilka rozgałęzień chodników
- wszędzie pozostałości po torowisku i .... przenikliwe zimno - przeciąg.
Po pół godzinnym marszu znaleźliśmy się przy szybie drabinowym prowadzącym
do poziomu III, z którego można było dostać się do największej w tej
kopalni komory wyrobiskowej o nazwie GABOR.
 
Szybik
miał wymiary około 2,5x 1,5m . Wewnątrz znajdowały się drabiny o różnym
stopniu zachowania. Gdzieniegdzie brakowało szczebli, ale nikogo ten
szczegół już nie ruszał. Niektóre drabiny opierały się o podesty szybu
tylko jedną "nogą" albo wcale. Wewnątrz padał deszcz. Szybik
należał do wilgotnych.
Po
ścianach i belkach sączyły się spore ilości wody. Na podestach zalegało
błoto. Konstrukcja szybu wydawała się jednak być stabilna i umożliwiała
przedostanie się niżej. Niżej tzn. do momentu kiedy skończyły się
drabiny a do dna zabrakło mniej więcej 20 metrów. Dylematem była kwestia
zakładania dodatkowego stanowiska zjazdowego lub też zjazd na linie,
która służyła nam do asekurowania zejścia. Lina zamocowana była do
sporych rozmiarów głazu zalegającego w chodniku. Natężenie promieniowania
wynosiło od 2 do 7 uSv/h. Po 2 godzinach przebywania w kopalni nasze
wilgotne ubrania nosiły na sobie dawkę 3-4uSv/h .Zejście na dół odbywało
się pojedynczo. Kontakt głosowy był bardzo utrudniony, gdyż dźwięk
rozpraszany był w szybie wyjątkowo skutecznie. Pierwsze 3 osoby schodziły
na dół ponad godzinę, po czym przed kolejnym zejściem otrzymaliśmy
na górze informację o tym , że Krzysiek wychodzi do góry. Sprawa była
zastanawiająca. Sądziliśmy, że może coś się stało , obił się gdzieś
, odpadł od ściany... Czekaliśmy na górze w uprzężach ,gotowi do zejścia
na dół i zjazdu na 3-ci poziom. Zaczynało być naprawdę zimno ! Minęła
kolejna godzina, kiedy Krzysiek wyszedł do góry, żeby przekazać nam
informacje o tym, co się dzieje niżej. Wiadomości nie były pozytywne.
Krzysztof stwierdził , że szyb jest w fatalnym stanie technicznym
, mocowania drabin nie są stabilne a z góry wciąż spadają kamienie
naruszane przez obciążaną linę - poza tym nikt większy od niego nie
zmieści się w przedziale drabinowym. Po usłyszeniu takiej nowinki
Grzegorz bez zastanowienia i dalszych wyjaśnień wyskoczył z uprzęży
w mgnieniu oka . Kolejna osoba również zrezygnowała z zejścia na dół.
Mimo
tego, że prawie wszyscy znamy się od wielu lat , nie znamy do końca
swojej psychiki oraz reakcji na niektóre sytuacje . Każdy z nas inaczej
odbiera to, co widzi , słyszy - każdy ma inne odczucia. To co dla
jednych stanowi poważne zagrożenie - dla innych może nie stanowić
żadnego problemu. Przejścia, które jedni traktują jako bezpieczne
- inni mogą określić mianem trudnych - taka już jest ludzka psychika.
Dzień wcześniej , kiedy przemieszczaliśmy się po grani o szerokości
niecałego metra wydawało mi się, że przejście tamtędy z ciężkim workiem
jaskiniowym, który co chwile ściągał mnie na boki, jest niebywałym
wyczynem. Tak mi się wydawało do czasu, kiedy spostrzegłem że inni
pokonują ten odcinek z taką łatwością jak gdyby przemieszczali się
po ulicy w swoim rodzinnym mieście. Ja akurat miałem serce w gardle
a o pomoc w transportowaniu sprzętu poprosiłem Łukasza. Tym razem
w szybie drabinowym Krzysztof miał poczucie zagrożenia i niebezpieczeństwa,
mimo że przed nim kilka osób zjechało już na dół.
Postanowiłem więc spróbować. Moje nastawienie psychiczne było takie,
że kiedy zaczną się miejsca nazbyt niebezpieczne to wrócę z powrotem
do góry. Kiedy lina nie była już obciążona rozpocząłem schodzenie
w dół. Ciężki wór na plecach jak zwykle utrudniał obracanie się i
przemieszczanie na niewielkich , wąskich podestach przedziału drabinowego.
Zejście 8-mioma drabinami zajęło mi prawie 20 minut . Po drodze zwracałem
uwagę na każdy szczegół konstrukcyjny szybu. Z góry wciąż kapała woda
, po ścianach i belkach sączyło się błoto tak więc zanim dotarłem
do ostatniej drabiny byłem już mokry.
Przepinka do zjazdu nie zajęła zbyt dużo czasu. Lina była już na tyle
mokra i zabłocona że podczas przeciągania przez rolkę zjazd odbywał
się "skokowo" obciążając mocno linę w momencie przejścia
przez rolki ślizgowe. Obciążona pod ciężarem zjeżdżających ludzi lina
dosłownie przecinała pod wpływem tarcia drewniane podesty przedziału
drabinowego.
Posypało
się kilka kamyków , gdzieś tam 20m wyżej coś stuknęło... w końcu byłem
już na dole. Na dnie szybu znajdowało się zawalisko, w którego skład
wchodziły głównie deski z podestów oraz szczątki drabin z wyższych
partii szybu. Trzeba było przecisnąć się wąską szczeliną pomiędzy
wystającymi po 1,5m do góry szczątkami drabin, aby dostać się do chodnika.
W końcu się udało. Ruszyliśmy w 4-osobowym składzie w stronę usytuowanej
gdzieś tam w głębi kopalni komory wydobywczej GABOR. Plan chodników,
jakim dysponowaliśmy idealnie odpowiadał rzeczywistemu przebiegowi
poszczególnych sztolni. Mijaliśmy kilka rozwidleń korytarzy , zalanych
wodą chodników, aż w końcu dotarliśmy do skrzyżowania 5-ciu sztolni,
z których jedna miała prowadzić wprost do GABORA. Rozbudowany labirynt
chodników uniemożliwiłby dojście do tego miejsca bez szczegółowych
map systemu. Po drodze wiele chodników zakończonych było zawałami
, inne prowadziły do przodków , zasypanych sztolni upadowych lub też
zalanych wodą szybów międzypoziomowych. Przed nami znajdował się prosty
, krótki chodnik zakończony rozbitą, drewnianą tamą na końcu. Za tamą
rozpościerała się ogromna pusta przestrzeń podobna do tych w kopalni
na Żebraczce. Słychać było dźwięki kapiącej, niczym obfity deszcz,
wody. Zapaliliśmy halogeny, ale z trudem oświetliły one wnętrze komory.
Dno wypełnione było wodą. Widok przypominał niewielkie jezioro podczas
silnej ulewy. Odległość od końca chodnika, w którym się znajdowaliśmy
a lustrem wody wynosiła mniej więcej 10m. Znajdowaliśmy się w górnej
części sali. Na końcu przeciwległej ściany widać było wloty chodników
transportowych. W innym końcu sali widoczne były pod samym stropem
zsypy urobkowe. Komora na pierwszy rzut oka wydawała się tak naprawdę
niewielka. Jej wielkość ograniczała woda wypełniająca dno. Kopania
jest zalana od poziomu 4 w dół. Dno GABORA to akurat poziomy 4 i 5
więc wniosek był taki że większa część gigantycznej komory znajduje
się po prostu pod wodą. Nie mieliśmy liny , żeby opuścić na dół ponton.
Nie mieliśmy też parasola , który naprawdę okazałby się potrzebny
podczas wizyty u GABORA. Po wykonaniu serii zdjęć zarządziliśmy odwrót.
Droga
powrotna jak zwykle wydawała się być prostsza. Przedzieraliśmy się
przez zawały , przemieszczaliśmy się chodnikami wypełnionymi wodą
.... Tam gdzie zachodziła potrzeba Łukasz przenosił kolegów, którzy
nie mieli kaloszy. Kurde - ten facet , to ma zdrowie - pomyślałem
sobie.... parę sekund później wraz z Maćkiem na plecach zażywali kąpieli
w lodowatej , sztolniowej wodzie. Przykra sprawa. Droga w jedną stronę
zawsze jest prosta. Niezmącona , krystalicznie czysta woda umożliwia
dokładną ocenę tego, co znajduje się na dnie. Po jednym tylko przejściu
woda robi się mętna na kilka dni maskując pod sobą pułapki czyhające
na dnie chodników . To też było bezpośrednią przyczyną wywrotki kolegów.
Całe szczęście , że skończyło się TYLKO kąpielą !!!
Po wyjściu szybem drabinowym na górę i tak wszyscy byliśmy mokrzy.
Bez względu na to czy ktoś się skąpał czy nie - podziemne deszcze
- zwłaszcza te występujące w szybie sprawiły, że wszyscy i wszystko
było mokre. Do góry wychodziłem po linie jako pierwszy starając się
zminimalizować nagłe naprężenia liny. Woda wlewała się powoli do rękawów
, za kołnierz.... no cóż. W domu nie doświadczamy takich przyjemności.
Łączność radiowa w szybie niestety zawiodła. Znowu zaczęliśmy nawoływać
się nawzajem. Wychodziliśmy jeden po drugim do góry. Kiedy wyszła
ostatnia osoba byłem już prawie skostniały z zimna. Ruszyliśmy w kierunku
wyjścia. Po drodze robiło się oczywiście coraz chłodniej. Na zewnątrz
wiał lekki zimny wiatr. Temperatura była zbliżona do zera.
Wszędzie
dookoła leżał śnieg. Trzeba było jeszcze tylko rozebrać się , zrzucić
mokre ciuchy i to wszystko.
Akcja zakończyła się powodzeniem. Gabor pokazał nam czym naprawdę
jest - nie robił przy tym większych problemów.
W Zalesiu przyszło nam się rozstać. Część ekipy pojechała w stronę
Sosnowca i Warszawy - my wracaliśmy w nocy przez Wrocław , Gdynię
- do Olsztyna. Po drodze sypał śnieg , padał deszcz, ale to wszystko
było NICZYM w porównaniu do oblodzonego i pokrytego śniegiem i lodem
zapadliska Żebraczki czy podziemnego deszczu w komorze GABOR.
Po powrocie do domu zmierzyłem "geigerem" wypełnioną sprzętem
alpinistyczym i mokrymi ubraniami wannę. Wskazywał jeszcze 2-3 uSV/h.
Adam Wojcieszonek
Poniżej kilka krótkich filmików z wyprawy.
|
**** Zapraszam również
do obejrzenia galerii
zdjęć . ****
*powrót*
|